Dzień pierwszy...

Pan w dniu wyjazdu Pani wstał o czwartej rano. Dzień miał mega pracowity, tak że zapomniał zrobić wpis. A obiecał Pani i sobie, że nie wspomnę po mnie, że będzie prowadził codzienne zapiski. No i jak obudził się dzień po okazało się, że wtopa, wpisu nie ma. Ale co to znaczy profesor, nawet tylko uczelniany, ale od informatyki... Pan zmienił czas na Hawaje, robi wpis we środę rano, powinien mieć datę z wtorku. Akurat Hawaje nie zadziałały, zdziałał inny mechanizm, który Pan oczywiście znał. No bo Pan wie i zna wszystko...

Na szczęście Transport Pani na lotnisko przebiegł bezproblemowo. Wszystkie magiczne certyfikaty Pani zadziałały i Pan po tradycyjnym spacerku o siódmej rano zasnął. Ja Pies Jasiek miałem dzień smutku i postu, więc Pan siłowo leczył moją padaczkę. My zwierzęta wiemy i rozumiemy więcej niż się Wam Ludzie wydaje. Wiem, czuje to, że Pani jest daleko. Grzecznie leżałem z Megi w naszych nowych kręciołkach. A Megi wcześniej oczywiście narozrabiała i zdemolowała Pani kolejne elementy garderoby. Panu w końcu zjadła sznurowadło od butów. A biedny Pan kończył swoje dydaktyczne obowiązki - ostatnie prace studenckie, wystawianie ocen. No i oczywiście cyrki z tą nieszczęsną nagrodą. Pan ma tego dosyć, ale jak znam Pana to po pewnym czasie mu to przejdzie. Poszliśmy spać grzecznie przed dziewiątą. Megi nocą znowu wyczuła dzika, ale Pan na szczęście ma mocny sen i zdolność szybkiego zasypiania. 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dzień 15

Dzień 4